Nasza przygoda zaczęła się w Kuźnicach, skąd idąc trasą naszego prekursora doszliśmy do Doliny Gąsienicowej. Od tego miejsca zaczęły się większe trudności. Dalej przez Czarny Staw Gąsienicowy i obok Zmarzłego Stawu wspinaliśmy się na przełęcz Zawrat testując "węźlice", czyli sznurowe hamulce stosowane niegdyś, zamiast dzisiejszych fok. Z przełęczy zjechaliśmy do Doliny Pięciu Stawów Polskich. To był jeden z fragmentów przejścia, których najbardziej się obawiałem. Okolice Zawratu są lawiniastym terenem i przebywanie tam w ciepłe popołudnie nie działa relaksująco. Ostrożnie i zmagając się z ciężkim, mokrym śniegiem pokonywaliśmy strome zbocze chroniąc się pod skalnymi grzędami - naturalnymi przeszkodami na torze lawin. Po osiągnięciu podnóża góry, każdego z nas naszła refleksja,że trzeba się jeszcze dużo uczyć, aby być dobrym narciarzem. Wraz ze zmierzchem śniegowa papka zamieniła się w nieprzyjazną łamliwą szreń, ale my już dochodziliśmy do chatki będącej niegdyś schroniskiem, a obecnie strażniczówką Tatrzańskiego Parku Narodowego. Tam też spędziliśmy noc, dzięki uprzejmości p. Staszka - strażnika TPN.
Tak szczęśliwie zakończył się pierwszy dzień.
W nocy wiatr przegonił piękną pogodę i rozpanoszył się na dobre. Atakował chatkę budząc nas przy silniejszych porywach. To nie wróżyło dobrze, zwłaszcza że mieliśmy przed sobą długi dzień - podejście na Kozi Wierch i zjazd z powrotem do Doliny Pięciu Stawów Polskich, a następnie przejście przez Świstówkę Roztocką do Morskiego Oka. Na podejściu trzymaliśmy się Kozich Perci, pozbawionych miejscami śniegu i stromych, ale bezpiecznych. Tak zresztą szedł Zaruski. Po uciążliwym i psychicznie męczącym wejściu pod szczyt nastąpiło clou całego przedsięwzięcia. Zjazd na drewnianych nartach Szerokim Żlebem, który w górnej części ma 39 stopni pochyłości. W dodatku całą jego szerokość zajmowały lawiniska zmuszające do precyzyjnego planowania toru jazdy jeszcze przed ruszeniem. Zaruski opisuje, że ten zjazd wykonali szusem, czyli w dół na wprost. To znaczy, że musieli mieć hamujący śnieg do pasa umożliwiający taką jazdę. My jechaliśmy w warunkach krańcowo odmiennych. I znowu presja wiszących w górze ton śniegu towarzyszyła nam przy zjeździe. Każde dziesięć metrów w dół oddalało nas od tego drzemiącego, na szczęście, żywiołu. I kiedy wydawało się, że już daliśmy radę, Sebastian pechowo skręcił nogę. Kto był blisko miał możliwość usłyszenia donośnego trzasku w podudziu. Wyglądało to fatalnie, ale dał radę zejść (zjechać na tyłku) na dno doliny i doczłapać się do chatki. Nasze plany "wzięły w łeb". Zostaliśmy na drugą noc w Pięciu Stawach okładając kolano Sebastiana lodem i pocieszając go i siebie pigwówką przeznaczoną na finał. I znów noc w chatce szarpanej wściekłym wiatrem o sile "że chłopa przewraca". Poranek nie przyniósł poprawy pogody, a nawet postraszył siąpawicą, którą ustąpiła słońcu zza chmur. Gdyby zaczęło padać, marynarki i swetry nie ochroniłyby nas przed wilgocią. A zatem zamiast Świstówki, przed nami zejście Doliną Roztoki, którego pierwszy odcinek z oberwanym dołem zbocza był miejscem, gdzie zaciśnięte pośladki musiały zastąpić nam braki sprzętowe. Znowu się udało - inaczej nie mogło być. Schodząc w dół zostawialiśmy za sobą białą krainę, która mimo trudności okazała się dla nas łaskawa. Przeszliśmy ją w ciężkich warunkach, ale mogło być gorzej. Po kilku godzinach, z utykającym Sebastianem doszliśmy do Palenicy, skąd bus zabrał nas na powrót w XXI wiek.
Dziękuję kolegom, którzy zdecydowali się na udział w tym rajdzie i znaleźli w sobie dość fantazji na rzeczywiste i namacalne przeniesienie się w czasie o sto jeden lat wstecz.>